Czarne
wręcz niebo zajaśniało blaskiem po raz
kolejny. Głośny dźwięk, dudnienie,
odbił się echem o ogrom budynków. Miliardy kropli, rozdzierających chmury wciąż
okalało równe chodniki. Auta sunęły niesłychanie prędko i mimo późnej pory oraz
niesprzyjającej aury ulica była pełna kolorów i świateł. Przesmykiwały się
zwinnie przez całą długość Manhattanu,
spajając z hałasem grzmotów, silników, a nawet blaskiem błyskawic. Typowa,
nowojorska noc. Nic więcej nic mniej. Kolejny, „idealny obrazek” dla spłukanego
fotografa z Brooklynu, kręcącego się
między willami w każdy weekend. Mógłby sobie koleś dorobić i kupić jakieś
sensowne buty, bądź choćby kurtkę. Albo spodnie? Och tak, nowe spodnie to
gratka dla kogoś takie jak ja, ale mniejsza. Do czego zmierzam? Życie w Nowym Jorku, to jak życie w serialu.
Człowiek ciągle trzyma rękę na pulsie kulturalnego wszechświata. Teatr, opera,
balet, książki, muzyka, filmy, artyści – wszystko tam jest i wszystko tam się
dzieje. Taka prawda. Chodniki wciąż okupują kolejne postaci, sklepy
przepełniają się ludźmi, szkoły paskudztwem, nazwanym przez społeczeństwo
nastolatkami… Skrótowo: żyć nie umierać. Miasto, które nigdy nie śpi…
Nawet w czasie
burzy tak silnej jak wtedy ruch był niewyobrażalny. Mimo wszystko nie lubiłam
burzowych wieczorów. Wróć. Nie lubiłam wychodzić z domu w burzowe wieczory.
Zawsze powtarzał się ten sam schemat. Nowiutkie obcasy od Louisa Vuittona napełniały się wodą, a w ostateczności były do
wyrzucenia. Jakbym nie zakładała ich po raz pierwszy. Swoją drogą mogłabym
oddać je temu fotografowi. Dostał by za trepki marne kilka stów, uch, znów
uciekłam! Wracając… Jeśli stan krytyczny butów odznaczał się jako najwyższe
stadium, to wyobraźcie sobie chociaż ten płaszczyk, z którego służba mogła
zrobić szmaty do mycia kominków. Nie wspominając o spływającym makijażu oraz tragizmie
włosów, a blond kosmyki pod wpływem wilgoci wykręcały się w każdą, możliwą stronę.
Jakby tego było mało żadna taksówka, ponieważ tata w ramach odwetu za zbyt
późne wracanie i nieodbieranie komórki odmówił limuzynę, nie chciała się
zatrzymać.
Pech, podobną
sytuację można nazwać tylko pechem jeśli komórka padnie, a szpilki obetrą. Nie
zgadniecie, właśnie tak się stało!
Podsumowując
stałam przy jezdni sama jak palec, wymachując rękoma, cholera złamałam paznokieć!, w niewygodnych butach i czerwonej,
seksownej sukience, z burzą jasnych loków na głowie w dłoni trzymając
niedziałającego iphone’a. Wołałam - „Taksi!” – nic. Cały mój krzyk okazał
się na nic, aż wreszcie jedno z żółtych aut stanęło. Było niczym zbawienie, w
tym momencie uwierzyłam w Boga, lecz przeklęty diabeł znów postanowił zesłać
cholerstwo z piekieł. Tym cholerstwem był chłopak, który bezczelnie wtargnął do
taksówki.
- Dobry
wieczór – przywitał się jakby nigdy nic, przeczesując ciemne kosmyki, które
również fruwały w każdym kierunku, kręcąc się przy tym.
- Oszalałeś?! –
pisnęłam wdzierając się na siedzenie obok.
- To moja.
- Taksówka? –
uniosłam jedną brew. – dobre sobie, chłopczyku – zatrzasnęłam drzwiczki
zerkając w stronę zdezorientowanego kierowcy. Szatyn posłał mężczyźnie słodki
uśmiech, a ten wybudził się z transu. Był zaskoczony. Zapanowała niezręczna
cisza. Siedzieliśmy tam we troje. Ja, kędzierzawy i taksówkarz patrząc po
sobie.
- Upper East Side – powiedziałam wreszcie.
Mój głos był zachrypnięty, delikatnie drżałam z zimna.
- Upper East
Side – powtórzył chłopak. Spojrzałam na niego spode łba. Nie mieszkał tam,
wiedziałabym, choć może dopiero teraz się wprowadził? Westchnęłam cicho, gdy
mężczyzna odpalił auto. Resztę drogi pokonaliśmy w całkowitym, grobowym
milczeniu. Ja unosiłam dumnie głowę, a loczek patrzył przez mokrą szybę.
Kierowca natomiast nie mógł powstrzymać się od ciągłego, natarczywego zerkania
w naszą stronę.
- Numer pięć –
rzekłam znów. – kawałek od Plaza Hotel.
- Plaza Hotel –
zawtórował on. Znów zmierzyłam szatyna marszcząc czoło, a taksówkarz nie pisnął
ni słówka i wykonał nasze polecenia. Widziałam tylko jak młodzieniec wychodzi,
a za nim ulatuje zapach męskich perfum. Później i ja wyszłam. Nie spojrzeliśmy zasiebie.
Zapłaciliśmy i odeszliśmy, każdy w swoją stronę. Co z kierowcą? Cóż, odjechał i
najwyraźniej wciąż był w lekkim szoku. Nieczęsto chyba woził samego Harry’ego
Stylesa swoją taksówką. Spójrzmy prawdzie w oczy. Co w ogóle Harry Styles robił
na Manhattanie tamtego, burzowego wieczoru? Szczerze? Nie chciałam tego
wiedzieć. Po co? Był tylko kolejną sławą, którą udało mi się spotkać. Wtedy
jeszcze nie wiedziałam, nie miałam bladego pojęcia, iż to nie było nasze
ostatnie spotkanie…