poniedziałek, 28 lipca 2014

Prolog "Miasto, które nigdy nie śpi"

        Czarne wręcz  niebo zajaśniało blaskiem po raz kolejny. Głośny dźwięk, dudnienie, odbił się echem o ogrom budynków. Miliardy kropli, rozdzierających chmury wciąż okalało równe chodniki. Auta sunęły niesłychanie prędko i mimo późnej pory oraz niesprzyjającej aury ulica była pełna kolorów i świateł. Przesmykiwały się zwinnie przez całą długość Manhattanu, spajając z hałasem grzmotów, silników, a nawet blaskiem błyskawic. Typowa, nowojorska noc. Nic więcej nic mniej. Kolejny, „idealny obrazek” dla spłukanego fotografa z Brooklynu, kręcącego się między willami w każdy weekend. Mógłby sobie koleś dorobić i kupić jakieś sensowne buty, bądź choćby kurtkę. Albo spodnie? Och tak, nowe spodnie to gratka dla kogoś takie jak ja, ale mniejsza. Do czego zmierzam? Życie w Nowym Jorku, to jak życie w serialu. Człowiek ciągle trzyma rękę na pulsie kulturalnego wszechświata. Teatr, opera, balet, książki, muzyka, filmy, artyści – wszystko tam jest i wszystko tam się dzieje. Taka prawda. Chodniki wciąż okupują kolejne postaci, sklepy przepełniają się ludźmi, szkoły paskudztwem, nazwanym przez społeczeństwo nastolatkami…  Skrótowo:  żyć nie umierać. Miasto, które nigdy nie śpi…
Nawet w czasie burzy tak silnej jak wtedy ruch był niewyobrażalny. Mimo wszystko nie lubiłam burzowych wieczorów. Wróć. Nie lubiłam wychodzić z domu w burzowe wieczory. Zawsze powtarzał się ten sam schemat. Nowiutkie obcasy od Louisa Vuittona napełniały się wodą, a w ostateczności były do wyrzucenia. Jakbym nie zakładała ich po raz pierwszy. Swoją drogą mogłabym oddać je temu fotografowi. Dostał by za trepki marne kilka stów, uch, znów uciekłam! Wracając… Jeśli stan krytyczny butów odznaczał się jako najwyższe stadium, to wyobraźcie sobie chociaż ten płaszczyk, z którego służba mogła zrobić szmaty do mycia kominków. Nie wspominając o spływającym makijażu oraz tragizmie włosów, a blond kosmyki pod wpływem wilgoci wykręcały się w każdą, możliwą stronę. Jakby tego było mało żadna taksówka, ponieważ tata w ramach odwetu za zbyt późne wracanie i nieodbieranie komórki odmówił limuzynę, nie chciała się zatrzymać.
Pech, podobną sytuację można nazwać tylko pechem jeśli komórka padnie, a szpilki obetrą. Nie zgadniecie, właśnie tak się stało!
Podsumowując stałam przy jezdni sama jak palec, wymachując rękoma, cholera złamałam paznokieć!, w niewygodnych butach i czerwonej, seksownej sukience, z burzą jasnych loków na głowie w dłoni trzymając niedziałającego iphone’a. Wołałam  - „Taksi!” – nic. Cały mój krzyk okazał się na nic, aż wreszcie jedno z żółtych aut stanęło. Było niczym zbawienie, w tym momencie uwierzyłam w Boga, lecz przeklęty diabeł znów postanowił zesłać cholerstwo z piekieł. Tym cholerstwem był chłopak, który bezczelnie wtargnął do taksówki.
- Dobry wieczór – przywitał się jakby nigdy nic, przeczesując ciemne kosmyki, które również fruwały w każdym kierunku, kręcąc się przy tym.
- Oszalałeś?! – pisnęłam wdzierając się na siedzenie obok.
- To moja.
- Taksówka? – uniosłam jedną brew. – dobre sobie, chłopczyku – zatrzasnęłam drzwiczki zerkając w stronę zdezorientowanego kierowcy. Szatyn posłał mężczyźnie słodki uśmiech, a ten wybudził się z transu. Był zaskoczony. Zapanowała niezręczna cisza. Siedzieliśmy tam we troje. Ja, kędzierzawy i taksówkarz patrząc po sobie.
- Upper East Side – powiedziałam wreszcie. Mój głos był zachrypnięty, delikatnie drżałam z zimna.
- Upper East Side – powtórzył chłopak. Spojrzałam na niego spode łba. Nie mieszkał tam, wiedziałabym, choć może dopiero teraz się wprowadził? Westchnęłam cicho, gdy mężczyzna odpalił auto. Resztę drogi pokonaliśmy w całkowitym, grobowym milczeniu. Ja unosiłam dumnie głowę, a loczek patrzył przez mokrą szybę. Kierowca natomiast nie mógł powstrzymać się od ciągłego, natarczywego zerkania w naszą stronę.
- Numer pięć – rzekłam znów. – kawałek od Plaza Hotel.

- Plaza Hotel – zawtórował on. Znów zmierzyłam szatyna marszcząc czoło, a taksówkarz nie pisnął ni słówka i wykonał nasze polecenia. Widziałam tylko jak młodzieniec wychodzi, a za nim ulatuje zapach męskich perfum. Później i ja wyszłam. Nie spojrzeliśmy zasiebie. Zapłaciliśmy i odeszliśmy, każdy w swoją stronę. Co z kierowcą? Cóż, odjechał i najwyraźniej wciąż był w lekkim szoku. Nieczęsto chyba woził samego Harry’ego Stylesa swoją taksówką. Spójrzmy prawdzie w oczy. Co w ogóle Harry Styles robił na Manhattanie tamtego, burzowego wieczoru? Szczerze? Nie chciałam tego wiedzieć. Po co? Był tylko kolejną sławą, którą udało mi się spotkać. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, nie miałam bladego pojęcia, iż to nie było nasze ostatnie spotkanie…